Posty

Wschód słońca na Pinnacle

Obraz
(Powiem tylko, że już raz pisałam tego posta, ale nasz najlepszy na świecie internet niczego nie zapisał... więc...) Po raz pierwszy na Pinnacle (naszą campową górę, a raczej wzgórze, bo góra to dużo powiedziane) poszłam z Valerią - kucharka z męskiego campu - w drugim tygodniu pracy. Nie przemyślawszy całej wycieczki, zadowolona wyruszyłam z campu w mniej więcej godzinną wędrówkę. I oczywiście się zgubiłyśmy, i to w dodatku w pierwszych minutach wejścia na szlak. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że byłam przekonana, że Valeria zna trasę, bo już na niej była. Nie mam pojęcia jak to się stało, że zgubiłyśmy się na małym zalesionym wzgórzu, rzut beretem od campu, gdy jedna z nas była już wcześniej na tej górze i z mapą w ręku.  Na początku muszę zaznaczyć, że mapa nie była mapą tylko bardzo kiepskim szkicem sporządzonym przez Megan (odpowiedzialną za organizację pieszych wycieczek na naszym campie), dodatkowo zamiast patrzyć się na znaki, bez przerwy ro...

Poke-O-Moonshine

Obraz
Cześć i czołem! Skąd ja się tu wzięłam? Do dziś sama się zastanawiam. Poke-O-Moonshine - 2180 ft (to tylko 660 m.n.p.m.!) - łańcuch gór Adirondack, 1,5 mil w jedną stronę. To był mój pierwszy dzień wolny od pracy, której tak na prawdę jeszcze nie zaczęłam. Nikogo praktycznie nie znałam ze staffu campu i siedziałam sobie w pomieszczeniu socjalnym, ciesząc się chwilą spokoju. W końcu mogłam odpocząć po długiej podróży i całym szaleństwie związanym ze studiami. Gdy wyszłam z naszego socjalnego, które nazywane jest przez camperów "Gniazdem", spotkałam Megan (jedną z organizatorek, odpowiedzialną za wycieczki górskie), wracającą właśnie ze szlaku. Od słowa do słowa doszłyśmy do tego, że zostałam na campie praktycznie sama, a chciałabym się gdzieś przejść. I tak wylądowałam sama na szlaku prowadzącym na urokliwą górę Poke-O-Moonshine. Gdy się wspinałam, zdałam sobie sprawę, że tak na prawdę nigdy nie poszłam w góry sama, bo chyba nie za bardzo potrafię się tym cieszyć. Nie ...

Hello America!

Chyba przydałoby się jakieś wytłumaczenie, co tu robię i jak się tu znalazłam. Ale jak na razie nie mam na to czasu, ani super zdjęć, które mogłabym wam pokazać, więc zostawiam ten jeden post do moderacji w późniejszym czasie. I niech tak będzie, a co!

Przerwa w nicnierobieniu

Obraz
I am back, guys! Wracam po trzymiesięcznej przerwie... wiem, wiem, niektórzy może zastanawiali się, czy blog padnie ofiarą śmierci naturalnej lub może mojego braku entuzjazmu i motywacji do pisania... Sama się nad tym zastanawiałam. Trudno jest pisać w retrospekcji do wydarzeń, które miały miejsce pół roku temu, gdy tyle się dzieje tu i teraz. Chciałabym jednak dokończyć całą serię związaną z Amsterdamem. Nawet, jeśli miałabym ją skończyć tylko dla siebie. I mam przecież jeszcze tyle do opowiedzenia o tym gdzie byłam w minione lato i co się u mnie działo. Więc może powoli, ale sukcesywnie, dotrzemy do końca tych moich opowieści. A kto wie, może nawet pomogę komuś znaleźć jakieś przydatne informacje na temat podróżowania i ciekawych miejsc, które można zwiedzić. Who knows? Minął ponad rok odkąd wyjechałam na Erasmusa. W zeszłym roku o tej porze biłam się sama ze sobą, i prawie przegrałam, żeby napisać swoje eseje zaliczeniowe i zdążyć przed Wielkanocą. Teraz, choć w innym kraju, ...

Artis Royal Zoo, czyli jak zakończyłam pobyt w Amsterdamie cz. 4

Obraz
Dzień 4 część 2 Artis Royal Zoo jest najstarszym w Holandii ogrodem zoologicznym, a nawet jednym z najstarszych zoo na świecie. Przyznam szczerze, że nie odwiedzam w Polsce zoo zbyt często i z powodów finansowych - nie dość, że jestem klasyczną polską cebulą, to w dodatku studentką, a wejście do Artis było zbyt drogie i nie łapało się na moją magiczną kartę Museumkaart, dzięki której wszystko stało przede mną otworem, no właśnie... prawie wszystko - nie miałam w planach pójścia do Artis. Tylko, że życie pisze własne scenariusze i wyszło jak wyszło, bo wylądowałam w najładniejszym i najmilszym zoo na świecie - no dobra, najfajniejszym,  w którym kiedykolwiek byłam. Chyba jeszcze o tym nie wspominałam, ale jako przedsiębiorcza kobieta wykalkulowałam, że za wstępy do wszystkich muzeów moi rodzice będą musieli zapłacić fortunę, więc zaczęłam kombinować. Co prawda moja karta kosztowała tylko 50 euro - gdy ją kupowałam było to AŻ 50 euro! -, ale wymagała holenderskiego zameldowan...